Poznaj kogoś Suppi - Zuza Jankiewicz

To nie tylko rozmowa o wypiekach. To historia o zdrowiu, walce, miejscu tworzonym dla osób z ograniczeniami i o tym, jak dawać ludziom smak, spokój i poczucie normalności.
Są takie historie, w których jedzenie od początku znaczy coś więcej niż smak. U Zuzanny zaczęło się od kuchni, dziecięcej radości z pieczenia i pierwszych tortów robionych z uporem większym niż możliwości. Potem przyszły diagnozy, kolejne ograniczenia i życie, które zamiast się uprościć, zaczęło stawiać coraz trudniejsze warunki. Tyle że właśnie z tego wszystkiego wyrosła Zakręcona Kawiarenka - miejsce stworzone nie tylko dla osób na dietach eliminacyjnych, ale dla wszystkich, którzy chcą usiąść przy stole bez stresu, bez tłumaczenia się i bez poczucia, że znowu są „tym innym”. W tej rozmowie Zuzanna opowiada o zdrowiu, pieczeniu, bezpiecznym jedzeniu, o ludziach, którzy przychodzili po coś więcej niż ciastko, i o tym, jak z bardzo osobistej walki powstało coś naprawdę ważnego dla innych.

W Twojej historii jedzenie, zdrowie i praca bardzo mocno się ze sobą łączą. Pamiętasz moment, w którym z własnych doświadczeń i walki o samopoczucie zaczęło rodzić się coś, co później stało się Zakręconą Kawiarenką?
Zuza: Moja historia z cukiernictwem zaczęła się jeszcze zanim nauczyłam się mówić, już wtedy z mamą kręciłam ciasta w kuchni. Uwielbiałam bawić się jedzeniem. Mama rozbierała mnie do samych majtek, sadzała na balkonie z miską mąki i wody, a ja godzinami zagniatałam swoje pierwsze „wypieki”. Kuchnia była moim ulubionym miejscem.
Przy każdych świętach i rodzinnych uroczystościach pomagałam mamie piec ciasta, ciasteczka i przygotowywać domowe przysmaki. Z czasem pokochałam również gotowanie. Kuchnia stała się moim sposobem na odreagowanie stresu i artystyczne wyżycie się. Gdy w szkole czekał mnie sprawdzian, zamiast się uczyć, szłam do kuchni i piekłam coś z tego, co akurat było w domu.
Wypieków z czasem było tyle, że nie byliśmy już w stanie ich przejeść. Zaczęłam więc zabierać je do szkoły. I chyba naprawdę sprawdziło się powiedzenie, że przez żołądek do serca. Wszystkie spotkania ze znajomymi prędzej czy później kończyły się u mnie w kuchni, przy dobrym jedzeniu.
Przełom nastąpił przed moimi osiemnastymi urodzinami. Organizowałam imprezę w klimacie teatru i kina, a moim wielkim marzeniem był trzypiętrowy tort. Nie było mnie jednak stać na zamówienie go w cukierni, więc w prezencie dostałam podstawowy zestaw cukierniczy, żebym mogła zrobić go sama.
I tak zaczęła się moja prawdziwa przygoda z cukiernictwem artystycznym.
Tort zrobił ogromne wrażenie. Najpierw zaczęli zamawiać znajomi, później znajomi znajomych. W domowej kuchni uczyłam się kolejnych technik, rozwijałam swoje umiejętności i z każdym kolejnym wypiekiem coraz bardziej zakochiwałam się w tym zawodzie.
Kilka miesięcy później usłyszałam diagnozę: celiakia. Musiałam całkowicie przejść na dietę bezglutenową. Pamiętam, jak płakałam i zastanawiałam się, co ja teraz będę jadła?!
Dziś półki sklepowe uginają się od produktów bezglutenowych, ale wtedy wyglądało to zupełnie inaczej. Trudno było kupić nawet podstawowe mąki, nie mówiąc już o gotowych mieszankach. A ja po prostu lubię dobrze zjeść. Nie chciałam godzić się na byle jakie zamienniki, więc zaczęłam eksperymentować. Szukałam rozwiązań, uczyłam się i tworzyłam własne przepisy, które były nie tylko zdrowsze, ale przede wszystkim naprawdę smaczne.
Początkowo piekłam bezglutenowo wyłącznie dla siebie. Szybko jednak pojawił się problem z zanieczyszczeniem kuchni glutenem. Stwierdziłam więc, że skoro sama nie mogę jeść glutenu, będę piekła wszystko bezglutenowo. Klientów informowałam o tym... dopiero po degustacji.
Ich reakcje były bezcenne. Największym komplementem było zdziwienie: „To naprawdę jest bez glutenu?”.
Niedługo później moje zdrowie postawiło przede mną kolejne wyzwania. Musiałam odstawić nabiał, cukier i wiele innych produktów. Zamiast się poddać, zaczęłam tworzyć
przepisy dostosowane do własnych ograniczeń. Okazało się, że smakują nie tylko mnie. Z czasem zaczęłam nimi karmić całą Polskę.
To nie były łatwe czasy. W internecie praktycznie nie było wartościowych przepisów na zdrowe wypieki. Jeśli już coś się znalazło, często kończyło się zakalcem, rozpadającym się ciastem albo po prostu rozczarowaniem. W Polsce właściwie nie było też książek na ten temat. Wszystkiego uczyłam się sama metodą prób i błędów.
Trochę jak mały chemik.
I właśnie to pokochałam najbardziej. Opracowanie receptury, która była jednocześnie zdrowa i naprawdę pyszna, dawało mi ogromną satysfakcję. Do dziś tworzenie nowych smaków sprawia mi ogromną radość. Chyba właśnie dlatego po tylu latach wciąż kocham to, co robię.
Mówisz o sobie jako o dietetyczce i cukierniczce od zadań specjalnych. Co dla Ciebie naprawdę kryje się za tym określeniem?
Zuza: Cukierniczka od zadań specjalnych, bo kiedy trafiał do mnie klient z zamówieniem na tort dla dziecka, które mogło jeść zaledwie trzy czy cztery składniki, potrafiłam stworzyć go niemal z niczego. Zawsze jednak powtarzam, że najważniejszym składnikiem moich wypieków jest solidna szczypta miłości i serca. Może właśnie dlatego, mimo tylu ograniczeń, udawało się tworzyć coś naprawdę pysznego.
Od początku miałam jedną zasadę: zdrowe wypieki nie mogą być karą. Mają cieszyć brzuszki i rozpieszczać podniebienia. Sama doskonale wiem, co znaczy żyć na bardzo restrykcyjnej diecie. Kiedy niewiele możesz zjeść, tym bardziej nie chcesz marnować posiłku na coś, co jest po prostu niesmaczne.
Dlatego dla mnie skład, wartość odżywcza i smak zawsze idą w parze. W tej kwestii nie uznaję kompromisów.
Jeśli chodzi o dietetykę, określenie „od zadań specjalnych” jest na razie bardziej moim celem niż tytułem. Chciałabym rozwijać się w kierunku dietetyki klinicznej dla najtrudniejszych przypadków, dla osób z licznymi nietolerancjami pokarmowymi, chorobami autoimmunologicznymi i przewlekłymi problemami jelitowymi.
Studia uczą przede wszystkim klasycznej dietoterapii. Tymczasem życie pokazuje, że wielu pacjentów nie mieści się w podręcznikowych schematach. Co zrobić, kiedy ktoś praktycznie niczego nie toleruje? Jak go odżywić, zregenerować organizm i stopniowo przywrócić tolerancję na kolejne produkty? Jak znaleźć zródło problemów, kiedy klasyczne badania niewiele mówią?
Takich specjalistów w Polsce jest niewielu, a dostać się do nich jest naprawdę trudno. I nie ukrywajmy, często wymaga to również sporych środków finansowych.
Coraz więcej osób zmaga się z chorobami przewlekłymi i dietozależnymi. Niestety diagnostyka często nie nadąża za rzeczywistością. Gdy przypadek jest nietypowy, system zbyt często uznaje pacjenta za zdrowego, zamiast szukać odpowiedzi.
Chciałabym kiedyś pomagać właśnie takim osobom. Tak jak ja miałam szczęście spotkać na swojej drodze specjalistów, którzy pomogli mi odnaleźć właściwą diagnozę, a później krok po kroku odzyskiwać zdrowie.
Wiem też, jak trudno odnaleźć się po diagnozie celiakii, cukrzycy czy na początku każdej diety eliminacyjnej. Dlatego od dawna marzy mi się stworzenie Zakręconej Akademii Kulinarnej - miejsca, w którym uczyłabym ludzi, jak gotować i piec nawet przy najbardziej restrykcyjnych dietach. Jak samodzielnie tworzyć przepisy i przerabiać ukochane receptury na wersje BEZ, BEZ, BEZ.
Bo właśnie tak od lat powstają moje wypieki. Zawsze wychodzę od tradycyjnych przepisów, często tych zapisanych w babcinym zeszycie i zamieniam je w zdrowsze wersje, z których nikt nie musi rezygnować tylko dlatego, że choruje.
Robisz wypieki dla osób, które często nie mogą po prostu wejść gdziekolwiek i zamówić czegoś dla siebie bez stresu. Czy masz poczucie, że w tym, co tworzysz, chodzi nie tylko o smak, ale też o spokój i poczucie bezpieczeństwa?
Zuza: Wiesz, jakie to szczęście móc po prostu wyjść z domu i zjeść coś na mieście? I zjeść bez stresu, że skończy się to rewolucjami jelitowymi?
Ja do dziś nie mogę tego doświadczać. Śmieję się czasem, że skoro nie miałam gdzie zjeść, to po prostu otworzyłam własną kawiarnię, a później jeszcze Spiżarnię.
Nadal większość posiłków przygotowuję sama, bo moje ograniczenia zdrowotne są zbyt duże. W Krakowie naprawdę niewiele jest miejsc bezpiecznych dla osób z celiakią, a w wielu lokalach świadomość dotycząca bezglutenowości jest tak mała, że często pozostaje mi jedynie... szklanka wody.
Mam właściwie tylko dwie restauracje, którym naprawdę ufam. Dlatego ogromnym przeżyciem była dla mnie Barcelona.
¡Oh, mamá! Tam mogłam zjeść dosłownie na każdym kroku. Wszędzie wiedzieli, czym jest celiakia, gluten czy nietolerancja nabiału. Bez problemu znajdowałam też produkty niskowęglowodanowe. Mogłam wyjść z domu bez śniadania i mieć pewność, że nie będę chodziła głodna. To było niesamowite uczucie wolności.
I właśnie taki świat chciałabym kiedyś zobaczyć w Polsce.
Mam poczucie, że przez wiele lat Zakręcona Kawiarenka była właśnie takim miejscem.
Tworzyłam ją przez dwanaście lat. Kiedy dziesięć lat temu otwierałam swoją pierwszą pracownię w Szczecinie, była to pierwsza taka w Polsce pracownia oferująca tradycyjne i nowoczesne wypieki BEZ, BEZ, BEZ - bez glutenu, bez cukru, bez nabiału, bez jajek i wielu innych alergenów. Co więcej, wiele z nich przygotowywałam indywidualnie, zgodnie z dietą konkretnego klienta.
Do Szczecina - z którego przecież wszyscy żartują, że nie istnieje - przyjeżdżali ludzie z całej Polski. A później do naszej kawiarni w Krakowie potrafili przyjechać specjalnie nawet z drugiego końca świata.
Ale najważniejsze było coś zupełnie innego.
U nas nikt nie czuł się „tym innym”. Nikogo nie dziwiło, że ktoś nie może jeść glutenu, nabiału czy cukru. Każdy mógł po prostu usiąść przy stole z rodziną i przyjaciółmi, zjeść ciastko, tort, deser i nie tłumaczyć się ze swojej choroby.
Chciałam stworzyć miejsce, w którym człowiek czuje się jak w domu. Z Ciocią Asią za ladą, Wujkiem Tomkiem na zmywaku, zapachem świeżych wypieków i deserami, które wyglądały jak z najlepszej cukierni, ale po których nie bolał brzuch, nie szalała glikemia i nie cierpiało ciało.
To właśnie te chwile wspominam najpiękniej.
Uśmiech dziecka, które pierwszy raz w życiu mogło zjeść własny tort urodzinowy.
Dorosłego, który po raz pierwszy od lat jadł prawdziwego, świeżego bezglutenowego pączka w tłusty czwartek.
Nigdy nie zapomnę też nastolatki, która przyjechała do nas znad morza. Zapytała, co może zjeść bezglutenowego. Odpowiedziałam: „Wszystko, co widzisz w witrynie”.
Usiadła na podłodze i się rozpłakała. Powiedziała, że pierwszy raz w życiu usłyszała taką odpowiedź.
Wtedy zrozumiałam, że nie sprzedaję tylko ciast.
Daję ludziom szczęście, radość, poczucie normalności.
Kiedy dziesięć lat temu otwierałam swoją pracownię, wiele osób mówiło, że taki biznes nie ma prawa się utrzymać. Że nie będzie klientów. Że to się nie uda.
Na szczęście życie napisało zupełnie inny scenariusz.
Pokazałam, że zdrowe wypieki mogą być naprawdę pyszne. Że można stworzyć miejsce, którego ludzie potrzebują. Że warto walczyć o osoby, które przez lata były pomijane.
I w ślad za mną zaczęli iść też inni.
Zakręcona Kawiarenka stała się naszym domem.
A z czasem także domem dla tysięcy osób, które przewinęły się przez nasze drzwi. Miejscem pełnym ciepła, rozmów, rodzinnej atmosfery i przekonania, że niezależnie od tego, czego nie możesz jeść, zawsze jesteś tu mile widziany.
Na stronie piszesz, że każdy wypiek to Twoja autorska, dopracowana receptura. Jak wygląda dochodzenie do przepisu, który naprawdę działa - i zdrowotnie, i smakowo?
Dzisiaj już po prostu to czuję. Czasem wrzucam składniki do miski intuicyjnie i sama jestem zaskoczona, że wszystko wychodzi dokładnie tak, jak sobie wyobrażałam, a czasem nawet lepiej.
Ale kiedyś wyglądało to zupełnie inaczej.
Każdej receptury uczyłam się od podstaw. Wszystkie szkolenia odbywałam na tradycyjnej mące, cukrze i mleku, a później sama musiałam przełożyć tę wiedzę na świat bez glutenu, bez cukru czy bez nabiału.
I paradoksalnie właśnie to okazało się moją największą przewagą.
Najpierw musiałam zrozumieć, co dzieje się z ciastem od strony technologicznej. Dlaczego rośnie, dlaczego jest puszyste, co odpowiada za strukturę, wilgotność i smak. Dopiero kiedy zrozumiałam tę „chemię” tradycyjnego cukiernictwa, mogłam świadomie zastępować składniki i tworzyć własne receptury.
To były lata prób i błędów.
Niektóre przepisy dopracowywałam przez wiele miesięcy, a czasem nawet przez rok. Piekłam wciąż to samo ciasto, zmieniając zaledwie pięć czy dziesięć gramów jednego składnika. Zapisywałam każdy efekt, analizowałam, liczyłam i zaczynałam od nowa.
Często rozpisywałam tradycyjne receptury dosłownie na czynniki pierwsze. Analizowałam proporcje składników i zastanawiałam się, jak osiągnąć ten sam efekt przy zupełnie innych produktach.
Bo w zdrowym cukiernictwie obowiązuje jedna podstawowa zasada: trzeba umieć łamać zasady.
Bo tutaj wszystko zachowuje się inaczej.
Ale jeśli ktoś mówi, że BEZ, BEZ, BEZ czegoś się nie da, to wiedz, że jak najbardziej się da.
Dlatego wiem, że najcenniejszą rzeczą, jaką wypracowałam przez te lata, nie są same przepisy, ale wiedza i technologia. To one sprawiają, że wypieki wychodzą i naprawdę smakują.
Pamiętam klientkę, która nie znosiła gotować. Regularnie przysyłała mi przepisy znalezione w internecie i prosiła, żebym upiekła je po swojemu. Później zawsze pytała: „Jak to możliwe, że wyszło pani o wiele lepiej niż mnie?”.
Odpowiedź była prosta: Nie piekłam według przepisu. Piekłam według tego, co wiedziałam.
Od początku miałam jedną zasadę: moje wypieki nie miały być „dobre jak na bezglutenowe”. One mają być po prostu pyszne mimo, że są bezglutenowe.
Chciałam, żeby zachwycały również osoby, które nie są na żadnej diecie. Żeby zdrowy skład był wartością dodaną, a nie jedynym argumentem.
Uwielbiam tworzyć smaki. Łączyć składniki, szukać nowych połączeń i inspirować się wspomnieniami oraz ludźmi.
Dlatego wiele deserów w Zakręconej było nazwanych na cześć osób, które stały się dla mnie inspiracją: np. Justynka, Rumiana Joasia, Jagodowa Panienka, Pani Mrozowa, Truskawkowa Monia czy Mamuśny Torcik. Za każdym z nich kryła się jakaś historia.
Często inspiracją była też zwykła tęsknota za smakami dzieciństwa.
Jeśli miałam ochotę na jagodziankę, sernik czy pleśniaka, ale wiedziałam, że ze względów zdrowotnych nie mogę ich zjeść, po prostu tworzyłam własną wersję. Bez glutenu, bez cukru, często również niskowęglowodanową, ale taką, która smakowała pysznie.
Bo ja po prostu lubię dobrze jeść.
I właśnie dlatego robiłam wszystko, żeby zdrowe wypieki smakowały tak, by nikt nie miał poczucia, że z czegoś rezygnuje. Chciałam, żeby odkrywał nowe smaki, a nie myślał o ograniczeniach.
Tak było chociażby z moimi keto bułkami. Klienci uwielbiali je za smak i skład. Nie smakowały jajkami jak większość przepisów dostępnych wtedy w internecie. Wiedziałam, jak ograniczyć ilość jajek i czym je zastąpić, zachowując puszystość, miękkość i odpowiednią strukturę ciasta.
Dzisiaj przepisy keto można znaleźć wszędzie. Kiedy jednak zaczynałam z keto w 2015 roku, takie przepisy były prawdziwą rzadkością. Klienci śmiali się nawet, że Kraków stał się stolicą keto wypieków, bo właśnie u nas można było znaleźć pieczywo i desery, które były nie tylko zdrowe, ale przede wszystkim naprawdę smaczne.
Najlepszy komplement nigdy nie brzmiał:
„Ale zdrowe.”
Najpiękniejsze było:
„To naprawdę jest bez glutenu? Bez nabiału? Bez cukru?”
Zakręcona Kawiarenka nie wygląda jak miejsce zbudowane wyłącznie wokół hasła „zdrowe słodycze”. Czuć, że stoi za tym konkretna historia i dużo serca. Co Twoim zdaniem ludzie wyczuwają najmocniej, kiedy trafiają do Ciebie pierwszy raz?
Zuza: Dom. To właśnie najczęściej słyszeliśmy od naszych gości.
Mówili, że od progu czują się jak u siebie. Było ciepło, rodzinnie, pachniało świeżymi wypiekami, a każdego witaliśmy tak, jakby przyszedł do nas do domu na kawę i kawałek ciasta.
Marzyłam o miejscu, w którym ludzie mogliby na chwilę zwolnić, usiąść przy wspólnym stole, porozmawiać i po prostu poczuć się bezpiecznie. Takim, do którego wraca się nie tylko dla deseru, ale też dla atmosfery.
Często ktoś wpadał do nas raz czy dwa... a potem zostawał już naszym Zakręconym Domownikiem.
Szczerze mówiąc, nigdy nie myślałam o Zakręconej jak o biznesie.
Pieczenie i tworzenie nowych smaków zawsze było dla mnie przede wszystkim pasją i sposobem na artystyczne wyrażanie siebie. Chciałam dzielić się tym, co potrafię najlepiej. To, że dzięki temu mogłam uczciwie zarabiać na życie, było pięknym dodatkiem.
Najtrudniejszy moment przyszedł wtedy, gdy coraz więcej miejsca zaczęły zajmować liczby, kalkulacje i walka o przetrwanie. Rosnące koszty, pandemia, remonty w Krakowie utrudniające dojazd do kawiarni czy moje własne problemy zdrowotne sprawiły, że tej pasji było coraz mniej, a coraz więcej codziennej walki.
Nigdy nie chciałam budować Zakręconej agresywnym marketingiem ani sprzedawać za wszelką cenę. Od początku wierzyłam, że najlepszą reklamą jest jakość, że jakość zawsze się obroni.
I chyba właśnie to ludzie wyczuwali najmocniej. Autentyczność, Serce wkładane w każdy wypiek, Dbałość o każdy szczegół.
Zakręcona była całym moim życiem. Moim drugim domem. I mam wrażenie, że nasi goście naprawdę to czuli.
A ja wciąż marzę o takim domu, ale już nie tylko w przenośni, a dosłownie.
Z dużą kuchnią, wielkim stołem i drzwiami otwartymi dla wszystkich. Takim miejscem, do którego można po prostu wpaść na kawę, domowy obiad albo kawałek ciasta. Posiedzieć, porozmawiać i pobyć razem.
Myślę, że właśnie tak chciałabym kiedyś znowu tworzyć swoje miejsce. Kto wie, może kiedyś w mojej wymarzonej Barcelonie?

Bardzo ważne jest u Ciebie to, że wypieki powstają pod konkretne potrzeby i ograniczenia. Czy bywa tak, że klienci przychodzą do Ciebie nie tylko po coś pysznego, ale też po ulgę, że wreszcie ktoś ich rozumie?
Zuza: Oj, zdecydowanie tak. A chyba największą rolę odgrywała w tym wszystkim Ciocia Asia, czyli moja mama.
Nawet mieliśmy w kawiarni tabliczkę z napisem:
„Złota zasada Zakręconej: Jeśli Ciocia Asia zapomni zrobić kawę, krzycz głośno: Ciociu Asiu, gdzie moja kawa?”
I to właściwie najlepiej oddaje klimat tego miejsca.
Mama czasem naprawdę zapominała o czyjejś kawie, bo zagadała się z kolejnym gościem przy ladzie. Ktoś wpadał tylko po ciasteczko na wynos, a kończyło się na godzinie albo dwóch rozmowy. O życiu, zdrowiu, diecie, leczeniu... i wszystkim pomiędzy.
Bardzo często goście pytali mnie, jakie badania warto wykonać, do jakiego specjalisty się udać albo jak odnaleźć się na diecie eliminacyjnej. Jeśli tylko mogłam, dzieliłam się swoim doświadczeniem i podpowiadałam, od czego zacząć.
Z takich rozmów rodziły się nie tylko znajomości, ale też przyjaźnie i współprace, które trwają do dziś.
Z czasem zaczęliśmy nawet żartować, że powinniśmy prowadzić „listę meldunkową Zakręconych Domowników”. Jeśli ktoś, kto regularnie nas odwiedzał, nagle przestawał przychodzić, zaczynaliśmy się martwić.
Najczęściej okazywało się, że wyjechał na urlop, zimę spędza w ciepłych krajach, zatrzymała go praca albo po prostu dopadła go choroba.
Po jakimś czasie nasi goście sami zaczęli się „odmeldowywać”, uprzedzając nas, że przez jakiś czas ich nie będzie i żebyśmy się nie martwili.
To było naprawdę piękne.
Mam poczucie, że dawaliśmy ludziom coś więcej niż dobre jedzenie. Dawaliśmy im miejsce, w którym nie musieli udawać, że wszystko jest w porządku.
Mogli powiedzieć, że boli ich brzuch, że są zmęczeni, że mają dość kolejnych badań albo że zwyczajnie się boją. I nikt nie odpowiadał: „Przesadzasz” czy „Znowu o tych chorobach?”.
Byli wśród ludzi, którzy naprawdę rozumieli, przez co przechodzą. Mogli się wygadać, wypłakać, pośmiać i wyjść z poczuciem, że nie są sami. Myślę, że właśnie dlatego Zakręcona była dla wielu czymś więcej niż kawiarnią. Była bezpiecznym miejscem.
I chyba właśnie to doświadczenie sprawiło, że poszłam na studia dietetyczne. Chciałam pomagać ludziom nie tylko po szkoleniach i na podstawie własnych doświadczeń, ale również profesjonalnie. Połączyć wiedzę z praktyką i jeszcze lepiej wspierać osoby, które mierzą się z podobnymi problemami zdrowotnymi.
Organizujesz też spotkania, podczas których dzielisz się swoją historią i doświadczeniem. Skąd potrzeba, żeby tworzyć nie tylko miejsce z wypiekami, ale też przestrzeń do rozmowy i wsparcia?
Zuza: Bo doskonale pamiętam, jak bardzo sama tego potrzebowałam.
I szczerze? Nadal potrzebuję. Dlatego te spotkania są takim win-win. Uczestnicy dostają wsparcie ode mnie, a ja od nich.
Kiedy kilkanaście lat temu zaczynałam swoją drogę z dietą i diagnostyką, czułam się kompletnie zagubiona. Szukałam odpowiedzi wszędzie. Lekarze często rozkładali ręce albo bagatelizowali moje objawy, więc godzinami przeszukiwałam internet, próbując zrozumieć, co dzieje się z moim organizmem.
Ogromnym wsparciem okazały się dla mnie grupy na Facebooku. Spotykałam tam ludzi z podobnymi problemami, którzy dzielili się swoim doświadczeniem, wynikami badań i tym, co im pomogło. Po raz pierwszy poczułam, że nie jestem sama.
Później trafiłam na blog Moniki Skuzy. Zamiast uczyć się do matury, potrafiłam całymi dniami i nocami czytać jej artykuły o chorobach autoimmunologicznych. To właśnie dzięki nim zaczęłam szukać odpowiedniej diagnostyki. Udało się postawić pierwsze diagnozy, a później krok po kroku odzyskiwać zdrowie dzięki dietoterapii.
To doświadczenie zostało ze mną na zawsze.
Zrozumiałam wtedy, jak ogromną wartość ma spotkanie z kimś, kto naprawdę wie, przez co przechodzisz. Kimś, kto nie ocenia, nie bagatelizuje, tylko słucha i mówi: „Ja też tam byłem. Dasz radę.”
Dlatego zaczęłam organizować własne spotkania.
Na początku miały charakter typowo edukacyjny, a później narodziły się nasze PRZEkawki - kameralne spotkania przy wspólnym stole. Spotykaliśmy się w niewielkim gronie, rozmawialiśmy, jedliśmy, śmialiśmy się, czasem też wspólnie płakaliśmy i po prostu byliśmy razem.
Nie trzeba było niczego udawać.
Każdy mógł powiedzieć, co go boli, z czym się zmaga i czego się boi. Mógł zadać pytanie, usłyszeć historię kogoś, kto przeszedł podobną drogę, albo po prostu poczuć, że nie jest w tym wszystkim sam.
Bo czasami największym wsparciem nie jest kolejna porada.
Największym wsparciem jest świadomość, że obok siedzi ktoś, kto naprawdę Cię rozumie.
O swoich chorobach i diecie mówisz bardzo wprost. To była od początku świadoma decyzja, żeby nie udawać, że wszystko było proste i lekkie, tylko pokazywać, jak to naprawdę wygląda?
Zuza: Moje zdrowie nigdy nie było tajemnicą. Właściwie to właśnie dzięki niemu, a raczej przez jego brak, powstała Zakręcona Kawiarenka. Gdybym sama nie zachorowała, pewnie nigdy nie stworzyłabym miejsca dla ludzi z podobnymi problemami.
O wiele odważniej zaczęłam jednak mówić o tym dopiero po przeprowadzce do Krakowa. Wcześniej prowadziłam pracownię w Szczecinie, a kiedy w 2018 roku otworzyłam wymarzoną kawiarnię, zaczęłam też aktywniej działać w mediach społecznościowych.
I szybko zauważyłam coś bardzo ważnego. Im bardziej byłam szczera, tym więcej ludzi pisało, że właśnie tego potrzebowali. Nie idealnych zdjęć ani kolejnych przepisów, ale świadomości, że ktoś przechodzi przez podobne trudności i nie boi się o nich mówić.
Wtedy zrozumiałam, że mogę wykorzystać własne doświadczenia do czegoś dobrego. Nie tylko dzielić się przepisami, ale też edukować, wspierać i pokazywać ludziom, że nie muszą przechodzić przez to wszystko samotnie.
Podobnie było z tematem zdrowia psychicznego.
Moja mama od wielu lat choruje na depresję. Przeszła próbę samobójczą i zmaga się ze stresem pourazowym. Dzisiaj dużo łatwiej rozmawia się o takich problemach, ale kilkanaście lat temu był to ogromny temat tabu. W szkole wstydziłam się powiedzieć, że mama chodzi do psychiatry.
Kiedy pierwszy raz napisałam o tym publicznie, dostałam dziesiątki wiadomości od osób, które dziękowały mi za poruszenie tego tematu.
Później zaczęłam mówić również o własnej terapii. I o tym, że naprawdę uratowała mi życie. Ludzie pisali, że dzięki temu sami odważyli się poszukać pomocy.
Dlatego nie udaję, że jestem zdrowa.
Kiedy czuję się dobrze, pokazuję, że mimo choroby można żyć, rozwijać się i spełniać marzenia.
Kiedy przychodzi gorszy czas, również o tym mówię. Nie po to, żeby wzbudzać litość, ale żeby ktoś po drugiej stronie ekranu wiedział, że nie tylko jemu jest trudno i przejdziemy przez to razem.
Czasami wydaje mi się, że moje opowiadanie o tym wszystkim nic nie zmienia. A potem dostaję wiadomość od kogoś, kto dzięki mojej historii poszedł na terapię, zrobił badania, zawalczył o diagnozę albo po prostu przestał myśleć, że „taka jego uroda”. I wtedy wiem, że warto.
Ktoś musi mówić o tym głośno. Jeśli dzięki mojej historii choć jedna osoba poczuje się mniej samotna albo szybciej otrzyma pomoc, to znaczy, że miało to sens.

W świecie jedzenia bardzo łatwo dziś o modne hasła i ładne etykiety. Co najbardziej męczy Cię w tym, jak mówi się o „zdrowym jedzeniu”, kiedy zderzasz to z prawdziwym życiem osób na dietach eliminacyjnych?
Zuza: Najbardziej chyba to, że dziś bardzo łatwo sprzedać produkt odpowiednią etykietą. Wystarczy napisać: „fit”, „keto”, „bez cukru” czy „bez glutenu”, a wiele osób od razu zakłada, że to zdrowy wybór. Tymczasem często wystarczy przeczytać skład i cały ten marketing przestaje mieć sens.
Ale działa to też w drugą stronę. Są produkty z naprawdę dobrym składem, które po prostu... nie smakują. A później ludzie dochodzą do wniosku, że zdrowe jedzenie musi być nijakie i że taka już jego uroda.
A ja od początku chciałam to odczarować. Przez lata pokazywałam, że zdrowe wypieki nie muszą być karą. Mogą być prawdziwą przyjemnością, zarówno dla brzuszka, jak i dla podniebienia. Pokazywałam, że zdrowe może być jednocześnie pyszne i piękne. Że nie trzeba przesładzać deserów, żeby miały głębię smaku. Że można tworzyć wyjątkowe słodkości nie tylko z mąki pszennej i cukru.
Uwielbiałam obserwować miny osób, które po pierwszym kęsie mówiły: „Naprawdę to jest bez glutenu?” albo „Naprawdę to jest bez nabiału?”.
Najlepszym dowodem były chyba torty weselne. Zdarzało się, że zamawiała je jedna osoba będąca na diecie eliminacyjnej, a później sto pięćdziesięciu gości jadło je zapetytem i wracało po dokładkę. Największym komplementem był pusty talerz i ani jednego okruszka.
Jest jednak jeszcze jedna rzecz, która bardzo mnie boli. Hasło „bez glutenu”.
Niestety w Polsce wciąż brakuje świadomości, co ono naprawdę oznacza. Wiele lokali reklamuje dania jako bezglutenowe, a jednocześnie nie zachowuje podstawowych zasad bezpieczeństwa. Dochodzi do zanieczyszczeń krzyżowych, personel nie ma odpowiedniej wiedzy, a osoby z celiakią narażane są na bardzo poważne konsekwencje zdrowotne.
Dla wielu ludzi „bez glutenu” to dieta. Dla osoby chorej na celiakię to kwestia zdrowia.
Właśnie dlatego temat ten stał się również częścią mojej pracy dyplomowej. W ramach licencjatu przygotowałam projekt społeczny poświęcony celiakii i bezpiecznej diecie bezglutenowej.
Powstały wtedy między innymi rolki z Piekielną Ciotką, w którą wcielił się mój tata. Spotkały się z ogromnym zainteresowaniem i setkami wiadomości od osób dziękujących za poruszenie tak ważnego tematu.
To utwierdziło mnie w przekonaniu, że przed nami wciąż jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia.
Dlatego coraz mocniej czuję, że moją kolejną misją jest edukacja. Chciałabym zwiększać świadomość tego, czym naprawdę jest bezpieczna bezglutenowość i dlaczego nie kończy się ona na dopisaniu dwóch słów do menu. Właśnie dlatego stworzyłam również Stowarzyszenie Selenit, które ma wspierać i edukować osoby zmagające się z chorobami przewlekłymi, dietozależnymi oraz zaburzeniami neurorozwojowymi.
Dobre intencje to za mało. Tutaj potrzebna jest wiedza, bo od niej naprawdę może zależeć czyjeś zdrowie.
W cyklu „Poznaj kogoś Suppi” zawsze pytamy też o wsparcie. Czym dla Ciebie jest wsparcie odbiorców - bardziej realną pomocą w rozwijaniu tego miejsca, czy sygnałem, że to, co robisz, daje ludziom coś naprawdę ważnego?
Zuza: Do tej pory wsparcie moich odbiorców było dla mnie przede wszystkim sygnałem, że to, co robię, ma dla nich sens. Że warto wstawać o świcie, tworzyć nowe receptury, nagrywać materiały edukacyjne, być z nimi w mediach społecznościowych i nieustannie szukać lepszych rozwiązań dla osób, które tak jak ja, żyją z różnymi ograniczeniami zdrowotnymi.
Dzisiaj jednak moje życie wygląda zupełnie inaczej.
W lutym zostałam potrącona przez samochód. Nadal nie wiem, kiedy będę mogła wrócić do pełnej sprawności. Zakręcona Kawiarenka i Spiżarnia opierały się głównie na mnie, dlatego musiałam podjąć jedną z najtrudniejszych decyzji w swoim życiu - zamknąć miejsce, które budowałam przez dwanaście lat.
W jednej chwili straciłam dorobek swojego życia, źródło utrzymania naszej rodziny i miejsce, które było moim domem. Rozsypałam się. Ale każdego dnia próbuję pozbierać te kawałki na nowo. Wierzę, że kiedy odzyskam zdrowie i siły, wrócę z nową energią.
Chciałabym jeszcze mocniej poświęcić się edukacji, tworzeniu wartościowych treści i wspieraniu osób, które przechodzą podobną drogę.
Dzisiaj wsparcie na Suppi ma dla mnie bardzo konkretny wymiar. Pomaga mi przetrwać ten czas. Straciłam możliwość wykonywania swojej pracy, dlatego dzięki każdej wpłacie mogę pokrywać podstawowe koszty życia, finansować leczenie, rehabilitację i odkładać na wyjazdy do kliniki w Łodzi, gdzie trwa moja dalsza diagnostyka.
Jednocześnie każde wsparcie jest dla mnie czymś znacznie więcej niż pomocą finansową. To sygnał, że ktoś wierzy w to, co robiłam przez wszystkie te lata. I wierzy, że warto, żebym mogła robić to dalej. To daje mi ogromną siłę do walki o powrót do zdrowia i do budowania wszystkiego od nowa.
Kawiarnia, która przez lata była naszym domem, niestety już nie wróci, ale bardzo chciałabym wierzyć, że wszystko, czego mnie nauczyła, jeszcze kiedyś zaprowadzi mnie do miejsca, którego dziś nawet nie potrafię sobie wyobrazić.
Ludzie często mówią, że Zakręconą mam w sercu i skoro noszę ją w sobie, będzie ona wszędzie tam, gdzie będę ja.
Zakręcona Kawiarenka była czymś więcej niż lokalem. Była sposobem, w jaki mogłam dawać ludziom odrobinę rodzinnego ciepła, spokoju, normalności i poczucia, że nie są sami.
I tego nie zabrał mi nawet ten wypadek.
W tej rozmowie najmocniej zostaje to, że Zuzanna nigdy nie budowała swoich wypieków tylko wokół haseł o zdrowym jedzeniu. Od początku chodziło o coś dużo większego: o smak bez kompromisu, o normalność tam, gdzie dla wielu osób jej brakuje, i o miejsce, w którym naprawdę można poczuć się bezpiecznie. Dziś ta historia wchodzi w nowy, trudny rozdział, ale nie znika z niej to, co było najważniejsze od samego początku - upór, serce i potrzeba, żeby dawać ludziom trochę ulgi, ciepła i zrozumienia.
☕ Wesprzyj Zuzannę stawiając kawę tutaj!
Chcesz poznać więcej inspirujących historii? Śledź nasze profile na Facebooku i Instagramie, by być na bieżąco z nowymi wywiadami i nie przegapić niczego wyjątkowego